Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serduszka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serduszka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 lutego 2013

Wpis auto-pochwalny

Jednak nawet takim wrednym ludkom jak ja, zdarzają się w życiu miłe rzeczy.

O co chodzi?
Otóż jakiś czas temu szkoła policealna, do której zdarza mi się w weekendy uczęszczać, by uszczknąć trochę oliwy z kaganka oświaty, ogłosiła walentynkowy konkurs pod górnolotnym hasłem "Najpiękniejszy symbol miłości". I co by zaktywizować słuchaczy nawet zaoferowano nagrody. Czemu o tym mówię? 
Bo Panna Misia jak i szydełkowe serduszka zostały na niego przeze mnie zgłoszone w myśl zasady - najwyżej nic nie wygram a wysłanie maila nic nie kosztuje (choć wedle mojej subiektywnej oceny "najpiękniejsze" to one nie są). Przyjęta zasada okazała się nietrafioną, bo jednak coś mi się jak tej przysłowiowej kurze trafiło. 
Dzięki zajęciu zaszczytnego III-go miejsca - zawsze na podium, to nie ma co narzekać ;) - mój stan posiadania powiększył się o firmowy kubełek i 4 GB pendrive. 


Jak mawiają, na drodze nie leży a moja kobieca próżność została tym mile połechtana.
A ja dodatkowo dostałam chwilowo +10 do samooceny i +5 do poglądu, że jednak takim całkiem beztalenciem nie jestem ;)

Zdjęcia, które wysłałam na konkurs: 
(były już prezentowane w poprzednich wpisach)





P. S. Nazwy szkoły nie muszę chyba podawać ;)

czwartek, 14 lutego 2013

Zagramanicznie...

No i nastał dzień różowego armagedonu.

Narzekałam, narzekałam a i tak coś stworzyłam - ech, ta psychologia tłumu. Żeby jednak nie było tak prosto i hamerykańsko, jest to coś z zupełnie innego kręgu kulturowego. Na zachodzie, skąd przyszła do nas moda na obchodzenie dnia patrona psychicznie chorych i epileptyków jako święta zakochanych, zwykło się przyjmować, że to mężczyzna winien obdarowywać kobietę kwiatami, czekoladkami, misiami, serduszkami i co tam jeszcze handlowcy nie wymyślą. W Japonii jednak, jak to zwykle tam, jest inaczej a wręcz na odwrót - to kobiety wręczają mężczyznom słodycze a głównie własnoręcznie (podkreślam) zrobione czekoladki. Są to tak zwane Nama Chocolates. Tak nawiasem mówiąc Nama Chocolates dzielą się na przynajmniej dwa rodzaje. Najbardziej znane to:
1) Giri-choco - dawane "z obowiązku" np.: kolegom z pracy czy dobrym znajomym płci męskiej
2) Honmei-choco - te zarezerwowane dla ukochanego żczyzny. 
Jako, że anime zdarza mi się oglądać - MM z resztą czyni to dłużej i częściej niż ja - zwyczaj ten jest nam obojgu doskonale znany. Kiedyś nawet MM marudził, że on też tak chce, dostawać czekoladki na Walentynki. No to niech ma. I tak się w domu poniewierały zbędne czekolady, których jakoś nikt nie chciał jeść (może dlatego, że gorzkie). Powstały więc moje, autorskie Nama Chocolates - oczywiście wydaniu honmei-choko. Może nie do końca są one zgodne ze standardem ale w końcu kto mi zabroni ;)


Ich stworzenie nie jest znowu takie skomplikowane jak się wydaje, wystarczy trochę chęci i kilka składników, których dostanie w polskich sklepach jest nie tylko realne ale wręcz banalne. Mój przepis stanowczo odbiega od tradycyjnego, niemniej podzielę się jakby ktoś chciał spróbować.

Potrzebujemy:
  • 200g czekolady (takiej jak lubimy, mlecznej, deserowej, gorzkiej, można też pomieszać - u mnie gorzka, bo taka była w domu)
  • 250g gęstej śmietany (ja użyłam 12%)
  • cukier puder - dodałam 3 łyżki, by złamać gorzki posmak czekolady (przy mlecznej jest raczej zbędny)
  • paczka herbatników
  • orzechy włoskie
Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej. Dodajemy śmietanę i cukier. Nie czekamy, aż masa będzie całkiem płynna, grunt to roztopić czekoladę i połączyć składniki (absolutnie nie gotujemy). Można dodać odrobinę jakiegoś alkoholu jak ktoś lubi i ma ochotę. Masę wylewamy na wyłożoną folią spożywczą, niezbyt dużą formę (może to być nawet kartonowe pudełko czy przykrywka od niego). Optymalnie jest, kiedy masa osiąga wysokość 1 - 1,5 cm. Wstawiamy ją do lodówki na kilka godzin lub do zamrażalnika na około 3h - tyle wystarczy by zastygła. 
Tradycyjne Nama Chocolates wystarczy pokroić w kostkę i obsypać kakao. Ja jak widać na załączonych obrazkach poszłam trochę dalej w kwestiach dekoracyjnych. 
Wycięłam z herbatników serduszka, zwykłą foremką do ciastek - spokojnie da się to zrobić jeśli wcześniej otworzymy paczkę i zostawimy na pół dnia na wierzchu, by złapały trochę wilgoci. To co zostało z herbatników pokruszyłam drobniutko (prawie słodka bułka tarta z tego wyszła). Po pobycie w zamrażarce z powstałego jeszcze lekko miękkiego blatu wycięłam tąż foremką czekoladki i ułożyłam na herbatnikowych podstawkach, brzegi maczając w kruszonce (żeby się nie kleiły jedna do drugiej - masa jest bardzo lepka i podatna na topienie). Na wierzch dla ozdoby dałam połówkę orzecha włoskiego. I z grubsza to wszystko w tym temacie.





Pudełeczko też sama zrobiłam, żeby ładnie podać. Aczkolwiek stwierdziłam, że obędzie się ono bez przykrywki - takie prowizoryczne.

Resztki okrawków pozostałych z wycinania (jeśli w ogóle jakieś zostały a nie znikały na bieżąco) można razem zlepić, zrolować, obtoczyć w pozostałej kruszonce i pokroić w plasterki.

Zainteresowanych tematem Nama Chocolates i Walentynek po japońsku odsyłam do Wujka Google - tam na pewno znajdziecie więcej informacji


P. S. Orzeszki celowo są poukładane asymetrycznie ;)